Dzieci w Chmurze: Edukacja domowa w Polsce. Książka ta dosłownie przed momentem miała swą premierę, a jako że moje dzieci od lat uczą się w edukacji domowej, musiałam ją przeczytać. Zarwałam dla niej nockę, o czym mówiłam na IG (tutaj film) ale nie dlatego, że jest tak dobra i wciągająca, a po to by jak najszybciej was przed nią ostrzec.
Recenzja książki Dzieci w Chmurze
Moje dzieci uczą się w edukacji domowej od kilku lat. Starsza córka jest w pierwszej klasie liceum, młodsza w podstawówce. Nie są w Szkole w Chmurze, a w niepublicznych poznańskich placówkach. Dwóch różnych placówkach - mam więc spojrzenie na edukację domową z perspektywy różnych szkół. Ale nie o moim doświadczeniu tu będzie. Chciałam tylko żebyście wiedzieli, że temat jest mi bardzo bliski, bo z edukacją domową związana jestem na co dzień.
Zacznę od tego, że książka Dzieci w Chmurze ma okropny, negatywny wydźwięk. Podtytuł sugeruje, że poznamy dzięki niej temat edukacji domowej w naszym kraju, ale w praktyce jest to zbiór negatywnych sytuacji związanych z ED - nie zapamiętałam po jej lekturze ani jednego pozytywa. Za to pięknie podsumowuje tę lekturę sama autorka, ostatnim rozdziałem Krindż. Tak, po przeczytaniu tej książki czuje się potężny krindż. Pozostaje w głowie niesmak i nasuwa się pytanie, jak wydawnictwo które słynie z reportaży, mogło wydać coś tak okropnie napisanego..?
I tak, jest tutaj co nieco o historii edukacji domowej w Polsce i to jedyny fragment tej opowieści nie podszyty negatywem, po prostu opowiedziany tak, jak to wyglądało. Dalej jest wspomniana edukacja domowa poza granicami naszego kraju i tu już mamy dużo negatywnej narracji. Co mnie osobiście najbardziej zainteresowało, to nawiązanie do jakichś badań, które rzekomo jasno mówią o tym, że połączenie funkcji rodzica i nauczyciela, jest złe. Ale tych badań tu nie znajdziemy...
Autorka porównuje edukację domową do nauki zdalnej, którą wszyscy doskonale pamiętamy z czasów pandemii. Nawiązuje nawet do pewnej sytuacji, która miała wtedy miejsce - jak nastolatka chciała targnąć się na swoje życie, uśmiercając uprzednio swoją babcię. Psychicznie nie zniosła zamknięcia w domu i zdalnej szkoły. Ale edukacja domowa to nie jest nauka zdalna. Dzieci nie siedzą przed komputerami i nie mają lekcji z nauczycielami. Nie są zamykane w domach. I co najważniejsze - rodzic podpisując dokumenty, deklaruje że bierze pełną odpowiedzialność za edukację dziecka. Autorka książki też to zrobiła, ale - jak przyznała w jednym z wywiadów - nie zwróciła uwagi że coś takiego podpisała, umknęło jej to. W ostatniej klasie liceum obudziła się, dlaczego nikt nie sprawdza postępów w nauce jej dziecka... Autorka sama przyznała, że nie przeczytała co podpisuje, więc pretensje może mieć sama do siebie, a nie do środowiska edukacji domowej.
Edukacja domowa nie jest idealna. Nigdy nie była i nigdy nie będzie, tak samo jak systemowa szkoła nie jest idealna. Nie każde dziecko odnajdzie się w szkole, tak jak nie każde dziecko odnajdzie się w edukacji domowej i nie każdy rodzic takiej nauce podoła. Ale dlaczego od razu mieszać z błotem całą społeczność ED? Dlaczego pisać książkę, która ewidentnie ma pokazać, jak zła jest ED? Po co te wywiady z nagłówkami, które sugerują że edukacja domowa to patoedukacja? Wydawnictwo milczy. Zbywają każde pytanie, każdą wiadomość, nie odpowiadają na komentarze. Autorka zresztą tak samo...
W tym miejscu powinien być partnerski link do porównywarki cen, żebyście mogli Drodzy Czytelnicy sprawdzić, gdzie najtaniej kupić książkę o której piszę. Ale tym razem go nie wstawię, bo uważam że nie warto wydawać ani jednej złotówki na tę publikację. Serdecznie i gorąco nie polecam.


0 Comments: